Archiwum katakumba blog
 
2005-06-02 03:22:04 >>

pojawia się w środku nocy...


... (bo inaczej godziny 2.49 chyba nazwać nie można) zjawa mojo-nie-moja, katakumbowa, nie wiem na ile realna, na ile zaspana, na ile senno-wyśniona, na ile wyimaginowana i zmyślona, wytworzona gdzieś w tej ostatnio porządnie wygotowanej galaretce, wreszcie zastygnięta i tylko dźgana od czasu do czasu jakaś srebrną łyżeczką, która chyba by się bardzo chciała do niej dobrać, ale nie może, nie pozwalam, moja galaretka i basta. oj, wiem że mamroczę niezrozumiale i pod nosem, może za cicho, a może za głośno, bo nic nie powinnam mówić. ale jak zwykle sie tutaj przybłąkałam bo mi jakoś nie do końca dobrze. nie powiem, że źle, bo przecież mi nigdy nie jest źle. przecież ja nie od tego, żeby było źle. więc i nie jest. ale jest niewyraźnie, chwilowo kontury wszelkie się chyba postanowiły zatrzeć, kolory rozmazać, w tle jedno wielkie sfumato, które wielkim przebojem wdziera się i zdobywa pierwszy plan, nie zważając chyba na nic, brnąc po trupach galaretkowatych i do kolan w tej brei, której kolor już jest bliżej nieokreślony, nie wspominając nawet o wiśniowym zapachu. i to włąśnie przez to wszystko tworzę za długie i za bardzo niezrozumiałe zdania bardzozłożone, marudzę wszyskim dookoła w niezrozumiałym języku i nawet nie liczę na próbę zrozumienia. bo po co? przecież minie. zawsze mija, bo nie ma innego wyjścia, bo trzaskam wszystkimi innymi drzwiami bardzo mocno, żeby zostały tylko jedne, tylko te dobre, tylko te przez które powinnam wyjść, mimo że niekoniecznie mam na to ochotę. bo i ja czasami najchętniej trzasnęłabym wszystkimi i potaplała się sama w tym swoim ohydnym, klejącym i aż śmierdzącym moją osoba błocie. ale dupa, przez moje przekonanie, wpojone sama nie wiem kiedy i przez kogo (przeze mnie samą w bardzo wczesnym dzieciństwie?), że muszę sobie radzić sama, że musze sobie w ogóle radzic ze wszystkim, że musze być silna, że nie mogę się poddawać i pokazywać słabości jak się kiedyś pojawi. i nie pokazuję, i sobie radzę i jest dobrze. bo ten stwór, którego właśnie piszę tak naprawdę o niczym nie świadczy. jest wielkim i okropnym stworem, który sobię pod osłoną nocy, pod ciepłą pierzyną pod którą mnie nie ma urósł okropnie w mojej mózgoczaszce, ale boi sie chyba światła, albo śpiewu ptaków nad ranem i jeszcze chwila i ucieknie, zginie śmiercią naturalnie-nienaturalną. kołkiem osikowym go jeszcze trafię w samo serducho na wypadek jakby miał zapędy wampirystyczne, zwiążę porządnie, włoże do słoika i zakopię w nie moim ogródku (bo własnego nie posiadam). i wszystko będzie wspaniale, wszystko będzie jak zwykle, do przodu, przed siebie, biegiem, chociażby tyłem (chociaż ja skorpionisko okropne i typowo wredne, więc jak rak tyłem nie będę, z zasady), z uśmiechem, z wyciągniętą ręką. a jak ja bym mogła inaczej? nie mogłabym i już, siła przyzwyczajenia albo raczej kwestia wbicia czegoś młotkiem, niekoniecznie wełnianym, do tej galaretki, w której jakby nie patrzeć dużo można zmieścić. koniec tego nawijania bez sensu. koniec końców powszechnie chyba wiadomo, że produkuję się tutaj bardzo obszernie jak mi jakoś tak w środku źle. tak samo, jak wiadomo, że nie czytam później tego, co napiszę, więc błędów co nie miara. ale już mi lepiej, może nawet dobrze. lżej. pozdrawiam, jeśli ktokolwiek to przeczyta.
skomentuj