Archiwum katakumba blog
 
2006-04-25 13:20:56 >>

no i ta moja katakumba...


...zamiast być miejscem, w którym sobie grzecznie siedzę i uciekam czasami przed całym światem, stała się miejscem, do którego zaglądam od czasu do czasu, kiedy nie za bardzo wiem, co ze sobą zrobić (albo wręcz przeciwnie - wiem aż za dobrze). czyli z całkiem przyzwoitej i wyremontowanej katakumby zrobiłam średnio-wyględny śmietnik z pralnią śmierdzących problemów na zapleczu. chciałam dobrze, wyszło jak zwykle.
nie, nie jade po własnej samoocenie, bo ta od dłuzszego czasu pozostaje nie-wiedzieć-czemu niewzruszenie na poziomie plus dużo (czyli sporo nad powierzchnią wody). tak - narzekam, bo wychodze z założenia, że każdy czasami ma do tego prawo. a jak mam do czegoś prawo to nie widzę powodów, żeby go nie wykorzystać.
mamy wiosnę. chwilowo widzę to nawet na własne oczy przez okno, bo słońce raczyło nas nawet zaszczycić swoim pięknym widokiem. fakt, spóźniła się trochę, coś koło miesiąca, ale tego czepiać się nie mam prawa, bo sama ze spóźnień wszelakich to mogłabym robić specjalizację. przyszła, jest i szczerzy zęby. zdecydowanie łatwiej rano zwlec się z łóżka, mimo że po drabince. łatwiej też się pozbierać do wyjścia z domu. i wreszcie łatwiej uśmiechnąć się szeroko do świata. bo chociaż ja zimnolubna raczej jestem, to zimy już miałam po dziurki w nosie.
ale żeby za pięknie nie było to wiosna musi jeszcze jakiś bagaż ze sobą przywieźć. a że nie jest ciotką z ameryki, to nie można liczyć ani na cukierki, ani na czekoladę, ani na nowy rower, ani wreszcie żadne inne, błyszczące cuda. zamiast tego przynosi mopa, odkurzacz, ścierkę do kurzu i przypomina, że najwyższy czas na wiosenne porządki.
tak, ja w całej swojej naiwności liczyłam na to, że może od zeszłego roku jeszcze się nie zdążył zrobić bałagan (sam, ja mu przecież ani trochę nie pomogłam), że w tym roku się obejdzie bez tego sprzątania i nikt nic nie zauważy. a tu dupa, sprzątać trzeba. i, co najgorsze chyba, trzeba zacząć od mycia okien, żeby było trochę lepiej świat widać.
bo czasami, całkiem niepostrzeżenie, zaczynam widzieć nie do końca to, co jest po drugiej stronie. w części to pewnie wina tychże okien, w części tego, jak bardzo jestem w stanie zmienić obraz na drodze obiekt--mój mózg. a ja to bardzo jestem w stanie. jest o tyle dobrze, że nauczyłam się rozmawiać z ludźmi. otwarcie i na-każdy-temat. no i z odpowiednimi ludźmi, bo przekonałam się jak niesmaczne bywają takie informacje z trzeciej ręki (i niestrawności gorsze niż po świętach). w znacznym stopniu pozwoliło to ograniczyć te okropne niedopowiedzenia i niejasności, przez które już nie jedna i nie dwie rzeczy miały wątpliwą-przyjemność się posypać.
tak, dorastam (czy tam starzeję się, jak zwał tak zwał). coraz więcej do mnie dociera, coraz więcej wniosków jestem w stanie wyciągnąć, coraz więcej teorii zastosować w praktyce, na coraz więcej pytań samodzielnie odpowiedzieć. coraz łatwiej przychodzi mi zarówno zabranie grabek i wyjście z piaskownicy, gdy mam na to ochotę, jak i wywalenie kogoś wraz z jego wiaderkiem z mojej piaskownicy, gdy zaczyna się za bardzo rządzić i najzwyczajniej w świecie mi przeszkadzać. coraz większym stopniu potrafię korzystać z tego, co mają mi do zaoferowania inni. ale jednocześnie wiem, gdzie są dzisiaj moje granice i kiedy skutecznie dać po łapach komuś, kto wbrew mojej woli próbuje je przekraczać. nadal zdarza mi się robić głupoty, ale coraz rzadziej obwiniam się bez powodu za sytuacje, w których nikt nie zawinił.
jestem szczęśliwa. cholernie szczęśliwa. i na dodatek nadal mam poczucie, że jutro będzie lepiej.
skomentuj