Archiwum katakumba blog
 
2005-11-12 23:02:54 >>

bo tak już wzięło...


...i się porządnie nazbierało w końcu. to raczej normalne, gdy się produkuje notki z tak zabójczą częstotliwością jak ja, a właściwie to chyba bez częstotliwości. ale w końcu to przecież nie o nią chodzi, tylko o to, żeby od czasu do czasu takie wypisanie pomogło (bo na osobę opisującą skrzętnie każdy dzień swojego życia na forum publicznym zdecydowanie się nie nadaję. zresztą nie na forum także, gdyż obawiam się, że takie cudo jak 'moje poczucie systematyczności' nigdy nie istaniało i - co więcej - nigdy nie zaistnieje). tak, mi pomaga jak napiszę co i gdzie mi leży (na sercu? na wątrobie? na płucach? na głowie?), bez względu czy to pozytywne, czy niekonieczne. chociaż zdecydowanie częściej pozbywam się w ten sposób emocji negatywnych (bo kto by chciał się pozbywać tych dobrych? tymi mogę się conajwyżej mniej lub bardziej chętnie podzielić).
a ja wczoraj miałam urodziny. taki mało istotny dzień, ale może to on skłonił do napisania czegokolwiek. bo jednak taki na swój sposób wyjątkowy dzień jest sobie tylko raz w roku i może przynajmniej stanowić jakiś taki punkt zaczepienia. punkt, w którym można zacząć o czymkolwiek myśleć, a przez przypadek nawet tym czymkolwiek ma szanse się stać (wmiarę) własne życie. bo niby ten kolejny rok nic nie zmienia. znaczy kolejny rok na papierku. bo taki składajacy się z około 525 tysięcy minut (czyli około 525 tysięcy ton) różnych dziwnych zdarzeń, przeżyć, uczuć zmienia bardzo dużo. w końcu zmienia mnie, a ja juz dosyć duża jestem (żeby nie powiedzieć 'obszerna' :]). a bardziej skłaniają mnie do przemyśleń moje urodziny niż na przykład nowy rok. koniec końców to w moje urodziny chyba trochę mniej osób zastanawia się nad takimi rzeczemi, nie? ot, taki mały, czysty egoizm, który można także nazwać dzikim pędem do indywidualizmu.
tak też właśnie wczoraj przyszło mi przypadkiem do głowy, że z każdym rokiem te urodziny bardziej mi się podobają. sama sobie się chyba z każdym rokiem bardziej podobam, a jednocześnie coraz bardziej czuję, że mam wokół siebie ludzi na których mogę liczyć. i to nie tylko wtedy, kiedy jest mi źle i potrzebuję pomocy, ale i wtedy, gdy chce się powygłupiać i głośno pośmiać. takich, na których mogę liczyć zawsze, bez względu na pogodę, ciśnienie i dzień miesiąca. fakt, że ludzie mnie otaczający cały czas się zmieniają. ktoś mówi 'żegnaj', ktoś 'dzień dobry', a ktoś 'dowidzenia'. ale cały czas ktoś jest. czuje, że nie jestem sama. mimo świadomości, że w każdej chwili może się coś stać i mogę zostac sama - nie boję się. uważam, że nie mam czego.
chociaz to nie znaczy, troche adrenaliny czasami miałoby zaszkodzić. nawet nie adrenaliny, to coś innego. takie przyjemne uczucie, które jak wiele innych trudno w sobie obudzić samemu, bez pomocy czynników zewnętrznych (gdybysmy byli w stanie to możnaby wszystkich pozamykać w klatkach i by im było dobrze. ale tak by było za prosto). takich przyjemnych uczuć i tego, co je potrafi wywołać poznajemy z upływem czasu coraz więcej, ale i z tym samym upływem czasu pozostaje coraz mniej na doznawanie tych uczuć.
stoisz nocą na moście, pada deszcz. nagle widzisz oślepiające światła, czujesz silny powiew wiatru. mocno opierasz się o barierkę za plecami. dobrze wiesz, że nic ci nie grozi. ale obok jest osoba, której możesz zauwać i której jesteś pewny. w którą możesz się mocno wtulić, co przy wszystkich innych okolicznościach właśnie czynisz. czujesz to, na co tylko masz właściwie ochotę. wspaniale, bezpiecznie, niesamowicie i wyjątkowo. aż chce się dalej w sobie szukać uczuć, czegoś nowego, nieznanego, co może jeszcze zaskoczyć.
i czasami chyba też dobrze jest się poczuć miło w sytuacji niby całkowicie normalnej, żeby nie powiedzieć, że wręcz nudnej. gdy siedzi się obok kogoś, z ręką położoną na jego karku. gdy się patrzy na monitor pełen 'mysqli', 'postfixów' i innych podobnych cudów. i mimo, że nie rozumie się niemalże nic, nie ma się ochoty natychmiast wyjść i trzasnąć drzwiami. nie ma się też uczucia totalnej obojętności. po prostu chce się zostać. znów z czystego egoizmu, bo miło jest czuć, że ktoś potrzebuje lub chciałby naszej obecności? może. ale nawet jeśli, to uważam to za miłe uczucie. bezsensownie miłe?
kiedyś znałam człowieka, który obchodził urodziny co sto dni. tłumaczył, że przecież takie sto jest bardziej logiczne i łatwiej wytłumaczalne niż jakieś 365 i to z kawałkiem, z którego się co jakiś czas tworzy dzień gratis. że można zrobić wtedy trzy i pół imprezy urodzinowe w roku zamiast jednej i trzy razy dostawać prezenty. fajne, logiczne, niecodzienne. ale ja chyba wolę tak do rok. wiecej się zbiera do posprzątania i poukładania gdzie trzeba. lenistwo? może. ale w takim razie bardzo moje lenistwo lubię. za takie dni jak wczorajszy i dzisiejszy...

tak, zdecydowanie można nie kochać, nie 'być razem' i jednocześnie się tak po prostu czasami bardzo martwić.
skomentuj