Archiwum katakumba blog
 
2006-09-05 23:48:50 >>

„zdecydowanie nie mam w zwyczaju ...


...wywnętrzania się w miejscach mniej czy bardziej publicznych. podobnie użalania się nad sobą. ale mimo to czasami mi się to zdarza. jak pokazują dotychczasowe doświadczenia zawsze ma to miejsce albo bezpośrednio przed, albo od razu po jakimś stosunkowo niecodziennym wydarzeniu - małym kryzysie, wielkiej tragedii czy innym podobnym tałatajstwie. a że aktualnie nic takiego się nie zapowiada (bo przecież tak naprawdę zawsze coś świadczyło o przyjściu takiego momentu, nawet jeśli to było jedynie głupie przeczucie, to zawsze było), to pozostaje mi jedynie stwierdzić, że właśnie niepostrzeżenie przemknęła (czy przemyka) mi przez życie jakaś burza. chociaż nie do końca jestem pewna jaka. może chodzi o bardzo niepozorną połowę dzisiejszego dnia, spędzoną w samochodzie przyjaciółki k. przemykającym ulicami Warszawy (już wcale nie niepostrzeżenie, za to szybko i często z piskiem opon, ale bez ofiar w ludziach). może o te kilka chwil w kawiarni, na tyle krótkie, by nie zdążyć się zasiedzieć, ale na tyle długie, by zdążyć spokojnie wypić dużą kawę i wypalić pięć papierosów (bo jeśli paliłam, to zawsze nieparzyście), przegadane tak intensywnie (w miłym, albo raczej odpowiednim towarzystwie k. i j.) na temat cudzych problemów, że pozornie nie było nawet czasu, by własne i mało istotne dopuścić do głosu. a może o jakiś inny równie normalny i prozaiczny kawałek dnia, na który nie zwróciłam większej (lub wręcz absolutnie żadnej) uwagi. bo takich jest w moim życiu naprawdę dużo, chociaż wciąż coraz mniej. ale stało się. głowę dopadł okropny myślotok, toczący się w bliżej nieokreślonym kierunku, a jednocześnie gdzieś indziej (bo w głowie by się już nic nie zmieściło) pojawiła się niewyjaśniona potrzeba wyrzucenia, wypisania się, ale w sposób przynajmniej częściowo anonimowy (powiedzmy to wprost – mamy XXI wiek i całkowita anonimowość nie istnieje).
zawsze miałam niezdrowe skłonności do przydługich wstępów, nawet do spraw bardzo nieistotnych. za to wtedy, kiedy jakiekolwiek wprowadzenie, chociażby najkrótsze wydawało się niezbędne, ja je zazwyczaj okropnie lekceważyłam i średnio-literacko mówiąc – olewałam. nie zawsze mi to wychodziło na szeroko pojęte zdrowie, ale raczej tego nie żałowałam. bo żałować czegokolwiek, co zrobiłam też nie miałam w zwyczaju i robiłam to rzeczywiście niezwykle rzadko. dość wcześnie nauczyłam się bowiem, że z każdej sytuacji, w którą wchodzę w życiu coś wynoszę – czasami są to nowe kolczyki czy zegarek, czasami kilka zdjęć opatrzonych obfitym bagażem wspomnieniowym, a czasami tylko (lub raczej aż) wnioski na przyszłość. dlatego nie będę żałować tego, że się właśnie przed kimś wywnętrzę. i w tej kwestii będą w pełnym zakresie niczym krowa – zdania nie zmienię.
jakiś czas temu odzwyczaiłam się od posiadania nadmiaru czasu. nawet nie w pełni wolnego i przeznaczonego na szeroko pojęte ‘nudzenie się’, ale takiego, który mogę wykorzystać od początku do końca tak, jak chcę, bardzo spontanicznie (a nie tylko trochę i pozornie), nie mając przez moment wyznaczonych terminów, zobowiązań, obowiązków i pośpiechu. i nagle taki czas dostałam. co prawda nie był przewiązany wstążką, ale potraktowałam go jak taki prezent. mogłam czytać, pisać, słuchać muzyki, leżeć godzinami w wannie, chodzić na długie spacery, zarywać noce bez wyrzutów sumienia oraz zarywania czegokolwiek i spotykać się z najróżniejszymi ludźmi, prowadząc z nimi często za długie rozmowy. nasłuchałam się sporo o wyglądach, przyjaciołach i problemach. jednak przy dłuższym kontakcie, na jaki od jakiegoś czasu nie miałam czasu, okazuje się, że zdecydowana większość ludzi chciałaby nie tylko mówić, ale i posłuchać. to z kolei zmobilizowało mnie do pomyślenia. nad sobą i tym, co właściwie mogłabym powiedzieć.
na to myślenie dużo czasu nie potrzebowałam. znałam siebie, poznawałam dosyć świadomie od wielu lat, później – niemniej świadomie – zmieniałam. tak, żeby mi się podobało, żebym była zadowolona. i już trochę czasu minęło, od kiedy jadąc pewnego poranka metrem, o przerażającej porze, jaką była siódma rano, spojrzałam na własne odbicie w szybie, następnie na ludzi dookoła (łapiąc po drodze kilka spojrzeń) i znowu na siebie. i zrozumiałam, że doszłam do tego, czego chciałam kilka lat temu. że umiem, że bez większych problemów spokojnie daję radę, że osiągnęłam to, czego chciałam. że miałam moją małą stabilizację. może trochę pozorną i mało ustabilizowaną, ale taką, która na swój sposób mnie satysfakcjonowała. że robię w większości to, co naprawdę lubię, że mam kilka pasji, których za nic nikomu nie oddam, że mam dookoła niesamowicie dużo ludzi uprzejmych i miłych oraz całkiem sporo takich, których mogłam nazwać przyjaciółmi (sporo jest tu mało ważne, jest pojęciem absolutnie względnym). że w międzyczasie znalazły się nowe cele, nowe marzenia, ale jednocześnie wspaniałe poczucie, że jestem w stanie to wcześniej czy później osiągnąć.
nie, moim zdaniem zdecydowanie nie jestem ładna, mimo że jest trochę osób, które określają mnie jeszcze bardziej ‘wyniosłymi’ epitetami. zazwyczaj traktuję to z dużym przymrużeniem oka, co wcale nie oznacza, że nie lubię własnej osoby. wiem dosyć dokładnie, komu się podobam, a komu nie. bardzo lubię łapać większość wybitnie oceniających spojrzeń, także (lub nawet szczególnie) tych mało przychylnych. bo podnosiły, motywowały, wspierały. chociaż dużo większe znaczenie przywiązywałam do tych spojrzeń, których autorzy byli w stanie się zdobyć przynajmniej na odwzajemnienie uśmiechu (przez jakiś czas byłam uprzedzona do ludzkich uśmiechów z przyczyn ode mnie prawie-niezależnych, ale już mi chyba przeszło). lubię szanować ludzi, ale nie tych, którzy tylko na ten szacunek zasługują, ale także go chcą.
nie uważam się także za osobę jakoś wybitnie inteligentną - w szerokim tego słowa znaczeniu – czy mądrą. może dobijałam gdzieś do średniej krajowej (nie wiem tylko jakiego kraju), a może i nie. w sumie wydaje mi się raczej, że mam w życiu zdecydowanie więcej szczęścia niż rozumu, czemu zawdzięczam ogromną większość moich sukcesów najróżniejszego rodzaju i kalibru (których się powoli zbierało całkiem sporo).
są tacy, którzy mówią co wiedzą. ja już prędzej zaliczałam się do tych drugich, którzy wiedzą, co mówią. chociaż potrafiłam mówić czasami dużo, bezpośrednio, dosadnie, z przesadną elokwencją. czasami może nawet nieco przemądrzale, ale starałam się tego unikać, bo rzadko przynosiło pożądane skutki. lubiłam używać metafor, próbując znaleźć te najwłaściwsze i trafiające najkrótszą drogą do rozmówcy.
wiem, co lubię, czego nie lubię, co mnie denerwuje. potrafię nazywać własne odczucia i wtedy, gdy uznam to za stosowne informować o nich otoczenie. tak samo dobrze wiem to, dokąd idę, jaki i to, że tam dojdę. bo ja nie mogę być jedynie kobietą, którą ktoś uważa za kobietę swojego życia, kobietą, której ponoć się nigdy nie zapomina. nie nadaję się do tego, żeby być czyimś marzeniem. nie chcę być marzeniem. chcę być jego spełnieniem.”

skomentuj