| |
2007-12-20 06:58:17 >>
„pasewicz pisał, że…
…facetów i
fajki rzucać najlepiej w niedzielny poranek. ale zapomniał chyba dodać, że
niezdrowo jest je rzucać jednocześnie, jak i za długo z rzeczonym rzucaniem
zwlekać. w końcu niedzielny poranek występuje zazwyczaj tylko raz w tygodniu i
później trzeba czekać przynajmniej kolejne siedem dni. a w pewnych
okolicznościach siedem dni potrafi być niesamowicie długim okresem czasu, w
ciągu którego może się wydarzyć zdecydowanie za dużo. za dużo na to, żeby
wrócić do stanu poprzedniego, za mało, żeby pójść naprzód. Well it’s too late tonight. ale nawet poprawiając sobie humor na
zakupach trzeba umieć kalkulować – w końcu nawet rodzina jest układem
ekonomicznym. jeśli przeczyta to jeden – zupełnie nie jestem w stanie
przewidzieć, co się stanie, a przynajmniej to sobie obecnie usiłuję skutecznie
wmówić, jeśli drugi – może mi się jeszcze zrobi tak przyjemnie ciepło na sercu,
tak w okolicach w górnych partii ud. gdybyś dzisiaj powtórzył tamto pytanie
zgodziłabym się pewnie bez wahania, o ile do głosu nie doszedłby mój mózg,
który - uważając się za moją najseksowniejszą część ciała – rości sobie czasami
prawo do decydowania o tym, co robię. niestety
bodziec emocjonalny dociera do mózgu znacznie szybciej niż racjonalny, co może
rodzić pewne problemy. ale nie rodzi nie tylko problemów, ale i nic innego.
seksowny mózg jest totalnie do niczego przydatny, jeśli cała reszta mu
przynajmniej nie dorównuje.
jeśli nie
rzuci się w niedzielę, to w poniedziałek znowu będę pić słodką kawę, zagryzać
nikotyną, czytać bardzo abstrakcyjną książkę, zastanawiając się, ile czasu
zostało do kolejnej niedzieli i czy może właśnie przez przypadek o mnie nie
myślisz, co myślisz i właściwie po co? przecież nie powinieneś, chociaż to nie
powoduje raka, z chorobami serca jest już gorzej. na szczęście smsy przychodzą
zawsze w odpowiednim momencie. wódka
żołądkowa z miętą będzie lekiem na całe zło. niech będzie dobrze i niech się
mnoży. mnożą się jedynie litery na stronie i cyfry na rachunku, ewentualnie
procenty krwi w alkoholu, co nic dobrego nie wróży, za to możliwe rozwiązania
nieskończenie dzielą się na drobne. drobne okropnie brzęczą w kieszeni
płaszcza, to przez nie tak okropnie odpryskuje z paznokci lakier w kolorze
wiśni, który później nie prezentuje się już tak okazale w twoich włosach.
uwielbiam.
aktualnie przede wszystkim pierwszy dzienny autobus linii 503 i jego kierowcę,
który nie czuje potrzeby zatrzymywania się na wszystkich przystankach i
czerwonym świetle. ale ciebie chyba też czasami trochę uwielbiam. tak tylko częściowo,
w pewnym sensie, bez sensu, połowicznie – czasami od pasa w dół, czasami
dokładnie odwrotnie, od środka, do wewnątrz, na wylot. i te bajki, które mi tak
namiętnie opowiadasz, szczególnie wtedy, kiedy mógłbyś nie mówić nic, bajki, w
które nawet ja nie potrafię uwierzyć, ale się bardzo staram, żeby było łatwiej,
prościej, żeby łańcuchy przyczynowo-skutkowe ładnie układały się w głowie, bez
zbędnych pytań, które powinny wrócić dopiero, gdy ktoś im na to pozwoli. moja
ulubiona bajka jest o tym, że wszystko będzie normalnie, tak samo jak przed, że
nie będziesz na zmianę unikał mojego spojrzenia i szukał go z niecierpliwością
„bo to przecież już ten czas, kiedy można, kiedy mam ochotę, kiedy na ciebie
czekam”. czasami nienawidzę cię właśnie za to, że czekasz. bo miało być
przecież inaczej, a raczej właśnie wcale nie inaczej. nienawidzę wreszcie samej
siebie za to, że dobrze wiedziałam jak będzie, a mimo to się zgodziłam, całkiem
na trzeźwo nie protestowałam, nie miałam wątpliwości. wątpliwości są zawsze, zawsze
za późno. nienawidzę tych wszystkich bodźców, bo zawsze ten mniej właściwy
dociera do mety szybciej, a przecież to nie wyścig. you got a fast car, i want a ticket to anywhere, maybe we make a deal, maybe
together we can get somewhere, anyplace is better. śpiewa tracy chapman, popsuł się pilot
sterujący muzyką, a ja mam okropnie jednoznaczne myśli i zgrabnie ignoruję te
fragmenty tekstu, które nie pasują do mojej koncepcji. anty-koncepcji. małych
pomarańczowych tabletek, które trzeba łykać codziennie, pod dosyć dużą presją,
o których nie można zapomnieć, o których my handy mi skrupulatnie codziennie
przypomina, nawet jeśli nie trzeba. znowu moje teorie się sypią – dlaczego to
facet ma zawsze mieć w kieszeni prezerwatywę, jeśli to ja mam dzisiaj tą ogromną
ochotę?
mam za
duże skłonności do różnych wizualizacji, co przy odpowiednio szerokich
horyzontach i wachlarzu doświadczeń także nie przynosi za wiele dobrego. toż
przecież jak coś zobaczę, choćby oczami wyobraźni, to chcę to mieć natychmiast,
już, teraz, najpóźniej za chwile. zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu czy po
prostu banalnie wyparować – wiem, że nie lubisz publiczności, chociażby
najmniejszej. że wbrew wszelkim staraniom i pozorom kochasz tą cichą intymność,
sam na sam, w cztery oczy, chociaż jeszcze słońce nie wzeszło i nie ma się co
sączyć przez okno. sączę jakiegoś drinka, jest mi totalnie wszystko jedno,
przecież i tak aktualnie czuje tylko jeden smak, tylko jeden zapach. dokładnie
ten sam, który kilka chwil później będę usiłowała za wszelką cenę z siebie
zmyć, pozbyć się go raz na zawsze tylko po to, by przy najbliższej nadarzającej
się okazji cały rytuał powtórzyć krok po kroku, przede wszystkim udawanie, że mnie tu nie było, więc do niczego nie
doszło. przecież doszło i było przyjemnie, świat się znowu nie skończył,
wszechświat znowu zmienił kształt.
oryginalne
pomysły są fajne, zabijają rutynę, monotonię, koszmarną powtarzalność, której
się przecież tak panicznie boję, chociaż już nie raz starałam się ją oswoić,
nieco ugłaskać i nawet całkiem nieźle mi to szło. ugłaskiwanie jest już passé,
trzeba wymyślić coś nowego, niekonwencjonalnego, bezpruderyjnego, z pieprzem i
wanilią oraz zapewne kilkoma innymi, które jednak stanowią już sekret szefa
kuchni.
dzisiaj
szef kuchni poleca zjeść cię w całości, ewentualnie zostawić sobie coś na
pamiątkę, ale przecież wystarczą ślady moich paznokci na całym twoim ciele,
przecież nie mogę tyle jeść, ważę jakies 257 gram za dużo, nie
wystarczy sprzedać duszy, żeby się tego pozbyć. niby wystarczy zamknąć oczy i
pójść spać, perystaltyka działa podczas snu całkiem nieźle, przez żołądek do
jelit. gdybym po otwarciu oczu nie znalazła się w innej bajce, chętnie bym je
zamknęła, ponoć z zamkniętymi wyglądam bardziej pociągająco. pociągam, pociąg
jedzie niby powoli, ale tylko do czasu. przyspiesza, w końcu trzeba będzie
wysiąść. wysiadanie jest znacznie trudniejsze od wsiadania, szczególnie że to
drugie zazwyczaj ma miejsce wieczorem, pierwsze – rano. słońce razi w oczy
brutalnie informując współpasażerów, że to już koniec, że nie będzie happy
endu, nie będzie żadnego endu, przecież nie ma końca, jeśli wcześniej nie było
początku, jeśli wszystko się kręci w kółko i zapętla, prawie jak smętne
piosenki na mojej playliście.
lubię
poranne papierosy, prawie jak te zaraz po seksie, lubię patrzeć, jak mi robisz
moją ulubioną kawę, nawet jeśli ma to swoją cenę, a po cukier muszę sama wstać.
w sumie lubię też zachowywać się później jak gdyby nigdy nic, to takie długie
preludium przed kolejnym przedstawieniem. w końcu i tak rozdziobią nas kruki i
wrony, a w najlepszym razie zeżre nas jakaś choroba o bardzo długiej nazwie,
atakująca narząd, o którego istnieniu nawet nie wiedziałeś. taki lajf, maleńka, taki lajf.”
skomentuj
|
|