Archiwum katakumba blog
 
2006-09-16 00:30:04 >>

„dzisiaj o godzinie 4.53 rano...


...(w nocy?) zadzwonił a. rzecz jasna w momencie, kiedy dzwonił nie miałam ani świadomości tego, że dzwoni, ani tego, kto dzwoni. ani w ogóle chyba żadnej świadomości. w końcu to jest jedna z tych godzin, o których nie jestem nawet do końca pewna, czy wiem, jak się nazywam. mimo to telefon odebrałam. zanim zdążyłam się zorientować kto i o czym mówi, doszłam już do daleko posuniętych wniosków, mianowicie że zdecydowanie nie jest to rozmowa dla osoby, która aktualnie ma problemy z przypomnieniem sobie własnego nazwiska. ale trudno, jak się podjęło to wyzwanie i odebrało telefon to trzeba rozmawiać. gdy skupiłam się na tyle, żeby zacząć składać słowa w całe zdania i próbować wychwycić ich sens, rozmówca zszedł już na mniej poważny temat, więc mogłam przytakiwać już z czystym sumieniem. przytakiwać oczywiście mocno-niedosłownie, bo jako wybitnie wredna istota nawet gadając przez sen muszę pokazać chociaż kawałek charakteru. koniec. chyba nie dałam po sobie za bardzo poznać, że jeszcze śpię.
lubiłam takie nocne rozmowy. a. nie dzwonił często, ale zawsze jak dzwonił, to właśnie o takich dziwnych porach. miało to swoje uroki. było za późno, żeby ponownie zasnąć, ale z drugiej strony żadna siła nie zmusi mnie do otworzenia oczu przed szóstą. tak więc dostałam w promocji godzinę gratis na myślenie o wszystkim i o niczym. najpierw znalazłam pilota, co by włączyć muzykę (na szczęście w odtwarzaczu znalazło się coś odpowiedniego do myślenia, co prawda nie była to VII symfonia b., ale niewiele gorzej – i tak nie zdobyłabym się na to, żeby się podnieść i zmienić płytę). później znalazłam kołdrę, bo myśleć na zimno też ciężko. koniec końców myślenie jest chyba tak zaawansowaną czynnością, że potrzebuje jak najbardziej komfortowych warunków.
wypadało chyba zacząć od dochodzenia, o czym właściwie przed chwilą rozmawiałam (bo z kim to wiedziałam jeszcze przed końcem rozmowy). pewności mieć nie mogłam, rozmów jeszcze nie nagrywam (chociaż może, w zaistniałych okolicznościach, powinnam zacząć?), trzeba było zdać się na intuicję, podświadomość i to, co mi przychodziło do głowy. bo przecież nawet jak ja nie pamiętałam do końca o czym, to jakieś wrażenie i podstawa do tego, co myśleć pozostały.
miałam wrażenie, że a. chce coś udowodnić, tylko sam nie wie właściwie co, komu i po co. że sam nie-do-końca wierzy w to, co właśnie mówił i dlatego chciał to komuś szybko przekazać, uzyskać jakieś potwierdzenie, a przynajmniej mieć świadomość, że już nie tylko on o tym wie. z głośników akurat popłyneło „Just like a star across my sky, Just like an angel off the page, You have appeared to my life, Feel like I'll never be the same…”.
rozumiałam aż za dobrze. bo sama sobie bardzo lubiłam wmawiać przeróżne rzeczy i zawsze oczekiwałam potwierdzenia dookoła. szczególnie w tych przypadkach, gdy dobrze wiedziałam, że coś jest pozorne, niepewne i potrzeba czasu, żeby to poobserwować. ale wszystko do czasu. bo przecież tak się nie da, bo przecież to nieskuteczne, bo przecież słowo ciałem się nie stanie i jak długo bym pewnych rzeczy nie powtarzała to i tak nic z tego nie będzie.
budzik oznajmił, że właśnie nadeszła ta godzina, o której już można otworzyć oczy. wyłączając budzik sprawdziłam, czy rozmowa mi się przez przypadek tylko nie przyśniła, ale musiałaby się przyśnić też mojemu telefonowi, bo godzinę jej rozpoczęcia i czas trwania zarejestrował. założyłam duży, biały szlafrok, poszłam zrobić ciepłe kakao (tak dla podniesienia poziomu glukozy we krwi na dzień dobry), włączyłam radio.
bo przecież są wnioski, do których naprawdę trzeba dojść samemu, bez względu na to, którędy…”

skomentuj