{smscontact}
katakumba
pralnia moich myśli
kłębek moich słów




2009-02-01 03:28:35 >>
„bo przypadki chodzą po ludziach…

… szczególnie tych, którzy w przypadki ani trochę nie wierzą, bo lubią mieć kontrolę nad własnym życiem i nawet brak kontroli bywa kontrolowany. ale do czasu, wszystko do czasu, pytanie tylko do którego, bo przecież poza czasem nie ma nic. wszystko w czasie, o czasie, do czasu. idąc za przykładem czarnej afryki zacznę odmierzać czas wydarzeniami charakterystycznymi, powtarzającymi się, występującymi zawsze i bez względu, na wzgląd, na wznak, do góry nogami. trzy dni po pierwszym seksie po drugich zimowych PMSach, warunkowanych z pewnością przyciąganiem czegoś przez księżyc, złamał mi się obcas jak cię zobaczyłam na ulicy o tej porze, o której zazwyczaj w środę piję kakao w miłej atmosferze. złamany obcas boli prawie jak złamany paznokieć, co się wyraźnie kłóci z miłą atmosferą, w związku z czym go nie złamałam, poczekam na jakiś bardziej odpowiedni czas. może przypadkiem się tam pojawisz i z wrażenia nie będę mogła zrobić nic odpowiedniego. co za wieczór, co za noc z twarzą marylin monroe nie mam twarzy marylin monroe. czasami wcale nie mam twarzy. zostaje ci co najwyżej rozmowa z kobietą bez twarzy, prawie jak u turnaua, ze znajomością do połowy, dyskursami szelestów, pół-słowami, pół-gestami i stopniami do piekła. bo ze mną tylko do piekła, w linii całkiem prostej, chyba że się schowasz za jakimś zakrętem, bo możesz tylko zakręcić, odwrotu nie ma, tydzień temu postawili zakaz zawracania i przepadło. przepaść była wielka i wściekła, ale przepadło na własne życzenie. z życzeniami trzeba ostrożnie, bo potrafią się bardzo złośliwie spełniać, na dodatek właśnie w tym momencie, w którym zdecydowanie nie powinny. powinny, ale nie chcę, nie mogę, boję się, poczekaj za zakrętem tylko tak, żebym wiedziała, że nadal tam jesteś. przyjdź niespodziewanie, zza rogu, z za-skoczenia, żeby nie było czasu na chęci, możliwości, strachy i myślenie. żeby było i było dobrze, dobrze jak nigdy, jak zawsze, jak kiedyś, jak powinno. albo tak, jak wiadomo, że się nie powinno, na złość całemu światu, tylko i wyłącznie dla siebie-ciebie, oddzielnie-razem. konsekwencji nie będzie, bo konsekwencje są później, należą do przyszłości, a przyszłości nie ma, bo jest przecież tylko tu i teraz. nie chcę wiedzieć, co będzie za chwilę, za tydzień, za miesiąc. z kim i dlaczego już nie z tobą, chociaż to wiem aż za dobrze. za dobrze znam siebie i za dobrze tego bronię, ale za dobrze to mi to czasami nie wychodzi. wyszłam za mąż zaraz wracam, może nawet jeszcze prędzej nie wracam, bo nie żałuje. nigdy. nigdy nie odwracaj się do mnie w łóżku plecami, nie mów, że pięknie wyglądam, nie kupuj czerwonych róż. kolce mam własne, cudze mi już nie potrzebne. (czy jeśli potrzeba jest matką wynalazku to świadomie rezygnując z pewnych potrzeb częściowo pozbawiam się sama możliwości dokonania czegoś wielkiego?) wielka, większa, największa przyjemność świata. schowana głęboko, żeby nie zabrali, najpierw trzeba zasłużyć, ale ja nadal bywam przekupna, wystarczy wiedzieć z której strony podejść. podejść, odejść, przejść przez pewien etap, bardzo mi pomogłaś, dużo ci zawdzięczam, dzięki tobie wiele zrozumiałem – wieczna poczekalnia do nie-wiadomo-czego. zdolność danego dobra do zaspokajania potrzeb człowieka maleje wraz ze wzrostem jego konsumpcji ależ kochanie, konsumuj sobie do woli. dopóki nie będę za mało użyteczna, nie uszeregujesz mnie za daleko, nie podziękujesz za współpracę. nikt ci nie powiedział, że przy pomyślnych wiatrach i odrobinie inwencji można konsumować do woli bez współpracy? gratis mogę dorzucić, że uczciwość w dzisiejszych czasach też się totalnie nie opłaca, w końcu nie ma co tracić czasu i sił tylko po to, żeby może komuś było lepiej. w dupie mam twoje przepraszam, to dopiero trzydzieste siódme w tym tygodniu, a mamy już wtorkowy wieczór. bardzo proszę przepraszać tylko w sytuacji wyższej konieczności, gdy wiąże się to z czymś więcej niż tylko szybkim seksem na zgodę, którego tak serdecznie nienawidzę. och, naprawdę nie zauważyłeś? doprawdy, bardzo mi przykro, ale to już nie jest mój problem, tym miłym akcentem uwspólnienie majątku zostało zakończone, wyjątkowo nie-zapraszamy ponownie. nieskalanie czyste niebo, co było wczoraj odeszło w cień, niepamięci niech się święci cud odeszło, nie wróci i bardzo dobrze, bo cuda się zdarzają, a mój tygodniowy na nie limit wydaje się być stosunkowo duży. istnieje jedynie obawa, że jak się skończy to tak definitywnie, ale tym dzisiaj martwić się nie będę. w ogóle nie będę się martwić. nie ma czasu, żeby tracić czas. łapać, chwytać, zbierać, kolekcjonować, układać, odkurzać. chwile, na półce, chronologicznie, tematycznie, skatalogowane. pamięć epizodyczna ponad normę, zawsze się znajdzie to, co nie powinno. a może powinno? powinności są niewygodne, uwierają, kłują i wbijają się gdzieś w plecy. lepiej wbrew, pod prąd, na przekór, byle nie na siłę. bo wolność to jest po prostu brak krat żelaznych, te kraty niewidzialne, które są w nas, są tam zawsze


skomentuj


2009-01-24 18:47:22 >>
"bo każdy ma swój kawałek...
... cienia, brak cienia jest dowodem nieistnienia. podobno - ktoś tak napisał, ktoś zaśpiewał, naiwni uwierzyli. niektórzy bez problemu i zająknięcia, bo nagle bardzo zatęsknili za własnym cieniem. teraz, tu, już, natychmiast. a ten wrednie albo udawał, albo nie zauważył i zwiał, gdzie śnieg rośnie. bo śnieg rośnie na krzakach w tym moim małym świecie, który staje przede mną czasami nagle i równie nagle znika. sam nie umie, potrzbuje pomocy, niestety nie drogowej, po którą zawsze można zadzwonić i zawsze przyjeżdża przed policją i pogotowiem. pomocy duchowej, wsparcia moralnego, męskiego ramienia, świętego spokoju, dużo radości, przedziwnego zrozumienia. wszystkiego razem w pakiecie jak telewizja, telefon i internet. tylko bez umowy na 24 lub 36 miesięcy, ze zobowiązaniami niepisanymi, na zawsze i nigdy. na wieczność, która równie dobrze może się skończyć w momencie otworzenia oczu jutro rano, ale to przecież miała byc moja specjalizacja. ja zaczynam, ja kończe, ja uciekam, ja wracam, ja naiwnie trwam, ja nagle przestaję, ja zaskakuję i spełniam życzenia. ja nieustannie odmieniam ciebie przez wszystkie przypadki, ale przypadkowo zawsze w pierwszej osobie liczby pojedynczej. liczba mnoga nie dla mnie, na liczbę mnogą potrzeba czasu, dzisiaj nikt nie ma czasu, wszyscy się spieszą. jak się nie spieszą to brakuje cierpliwości, może tobie też zabrakło, jeśli jeszcze nie to wkrótce zabraknie. na raz, na dwa, na tydzień, nie dłużej. na smsa, 'jak tam?', telefon, uśmiech, spojrzenie, 'u ciebie czy u mnie?'. było, mineło, nie wróci więcej, pani już podziękujemy, nie zapraszamy ponownie, nie musi pani po sobie sprzątać, od tego mamy ludzi, nie chcemy pani dłużej oglądać. przecież pani nie jest do oglądania, pani tutaj była do wyższych celów, a może niższych, to zależy z której strony spojrzeć. dobry cukierek nie jest zły, można go nawet potraktować przez chwilę jak człowieka, coby wyrzuty sumienia później nie dręczyły. cukierki są dla dzieci, nie ma rączek nie ma cukierków, cukierek do buzi, papierek do kosza, problemu nie ma. nikt nie ma problemów, problemy są już zdecydowanie passe. dzisiaj ludzie są modni, z problemami im nie do twarzy, wolą bluzkę z wyprzedaży. cukierki z wyprzedaży, 3.99 za kilogram, cukierkowe uczucia i mózgi gratis. gratisy mają to do siebie, ze bez zastanowienia można je wyrzucić, nikt się nie przejmie, nikt nie zauważy, nikt nie zapłacił, nikt nie chciał, dają to trzeba brać. po co myśleć, zastanawiać się, przewidywać, używać mózgu, wyciągać wnioski i myśleć o innych? czy 'umiesz liczyć - licz na siebie' nagle wykluczyło potrzebę myślenia o innych? uczciwość nie popłaca, empatia to zupa z azji, a przyzwoitość umiera śmiercią naturalnie-nienaturalną. nie podoba mi się. świat mi się nie podoba, chętnie bym się wyprowadziła, ale dzisiaj ciężko znaleźć dobre lokum za rozsądną cenę. rozsądek na chwilę zgubiłam i teraz trzeba za to zapłacić, drobne w portfelu się niespodziewanie skończyły, kart kredytowych nie przyjmujemy, po odejściu od kasy reklamacji nie uwzględnia się. zwroty tylko za okazaniem paragonu. głupia, paragon zgubiła, a mama mówiła żeby zbierać i pilnować, bo kiedyś się przydadzą. chociaż zwrócić to bym nie zwróciła - za dobrze, za przyjemnie, za delikatnie, za długo i za krótko. limit czasu został wykorzystany, po więcej prosimy nie zwracać się nigdy. 'na ulicach cichosza, na chodnikach cichosza', dookoła też cichosza, dobrze się w niej myśli o ile myśli nie biegną tam, gdzie im się podoba, innym też się podoba, tylko rozsądek cierpi, niektórzy trochę tęsknią. tęsknota też dla naiwnych, oni lubią się popławić czasami we własnych złudzeniach, byleby nie zacząć się topić, umiejętność pływania nie pomoże, inne przymioty osobiste tym bardziej. mogę się topić codziennie, bez przerwy, od nowa, jeśli tylko mi na to pozwolisz. ależ oczywiście, że perfidnie kłamię, w życiu bym ci czegoś takiego nie powiedziała, nikomu bym nie powiedziała, a chyba jednak jeszcze żyję. żyję, czuję, myślę i nie planuje przestać. czasami wracanie do rzeczywistości trochę boli. cóż, bywa, odpowiedzialność za swoje decyzje jest ponoć atrybutem dojrzałości, może przynajmniej tyle z tego wyniosę. orgazmów na szczęście nie było, bo jeszcze hedonistyczny mózg by bardziej tęsknił. koniec. tak nie można, to nie przystoi panience, nawet takiej z szemranym dziewictwem i innymi bajerami. panienka twarda jest, silna, da rade, nie da się, zaciśnie zęby, pójdzie dalej. plecy prosto, uszy do góry, uśmiech na twarz i będzie dobrze, źle, mdło jak zwykle. "mam nie byle jakie, bo południowo-zachodnie, skojarzenia". a jak na chwilę jednak zmięknę to przyjdziesz i przytulisz?
skomentuj


2007-12-20 06:58:17 >>
„pasewicz pisał, że…

…facetów i fajki rzucać najlepiej w niedzielny poranek. ale zapomniał chyba dodać, że niezdrowo jest je rzucać jednocześnie, jak i za długo z rzeczonym rzucaniem zwlekać. w końcu niedzielny poranek występuje zazwyczaj tylko raz w tygodniu i później trzeba czekać przynajmniej kolejne siedem dni. a w pewnych okolicznościach siedem dni potrafi być niesamowicie długim okresem czasu, w ciągu którego może się wydarzyć zdecydowanie za dużo. za dużo na to, żeby wrócić do stanu poprzedniego, za mało, żeby pójść naprzód. Well it’s too late tonight. ale nawet poprawiając sobie humor na zakupach trzeba umieć kalkulować – w końcu nawet rodzina jest układem ekonomicznym. jeśli przeczyta to jeden – zupełnie nie jestem w stanie przewidzieć, co się stanie, a przynajmniej to sobie obecnie usiłuję skutecznie wmówić, jeśli drugi – może mi się jeszcze zrobi tak przyjemnie ciepło na sercu, tak w okolicach w górnych partii ud. gdybyś dzisiaj powtórzył tamto pytanie zgodziłabym się pewnie bez wahania, o ile do głosu nie doszedłby mój mózg, który - uważając się za moją najseksowniejszą część ciała – rości sobie czasami prawo do decydowania o tym, co robię. niestety bodziec emocjonalny dociera do mózgu znacznie szybciej niż racjonalny, co może rodzić pewne problemy. ale nie rodzi nie tylko problemów, ale i nic innego. seksowny mózg jest totalnie do niczego przydatny, jeśli cała reszta mu przynajmniej nie dorównuje.
jeśli nie rzuci się w niedzielę, to w poniedziałek znowu będę pić słodką kawę, zagryzać nikotyną, czytać bardzo abstrakcyjną książkę, zastanawiając się, ile czasu zostało do kolejnej niedzieli i czy może właśnie przez przypadek o mnie nie myślisz, co myślisz i właściwie po co? przecież nie powinieneś, chociaż to nie powoduje raka, z chorobami serca jest już gorzej. na szczęście smsy przychodzą zawsze w odpowiednim momencie. wódka żołądkowa z miętą będzie lekiem na całe zło. niech będzie dobrze i niech się mnoży. mnożą się jedynie litery na stronie i cyfry na rachunku, ewentualnie procenty krwi w alkoholu, co nic dobrego nie wróży, za to możliwe rozwiązania nieskończenie dzielą się na drobne. drobne okropnie brzęczą w kieszeni płaszcza, to przez nie tak okropnie odpryskuje z paznokci lakier w kolorze wiśni, który później nie prezentuje się już tak okazale w twoich włosach.
uwielbiam. aktualnie przede wszystkim pierwszy dzienny autobus linii 503 i jego kierowcę, który nie czuje potrzeby zatrzymywania się na wszystkich przystankach i czerwonym świetle. ale ciebie chyba też czasami trochę uwielbiam. tak tylko częściowo, w pewnym sensie, bez sensu, połowicznie – czasami od pasa w dół, czasami dokładnie odwrotnie, od środka, do wewnątrz, na wylot. i te bajki, które mi tak namiętnie opowiadasz, szczególnie wtedy, kiedy mógłbyś nie mówić nic, bajki, w które nawet ja nie potrafię uwierzyć, ale się bardzo staram, żeby było łatwiej, prościej, żeby łańcuchy przyczynowo-skutkowe ładnie układały się w głowie, bez zbędnych pytań, które powinny wrócić dopiero, gdy ktoś im na to pozwoli. moja ulubiona bajka jest o tym, że wszystko będzie normalnie, tak samo jak przed, że nie będziesz na zmianę unikał mojego spojrzenia i szukał go z niecierpliwością „bo to przecież już ten czas, kiedy można, kiedy mam ochotę, kiedy na ciebie czekam”. czasami nienawidzę cię właśnie za to, że czekasz. bo miało być przecież inaczej, a raczej właśnie wcale nie inaczej. nienawidzę wreszcie samej siebie za to, że dobrze wiedziałam jak będzie, a mimo to się zgodziłam, całkiem na trzeźwo nie protestowałam, nie miałam wątpliwości. wątpliwości są zawsze, zawsze za późno. nienawidzę tych wszystkich bodźców, bo zawsze ten mniej właściwy dociera do mety szybciej, a przecież to nie wyścig. you got a fast car, i want a ticket to anywhere, maybe we make a deal, maybe together we can get somewhere, anyplace is better. śpiewa tracy chapman, popsuł się pilot sterujący muzyką, a ja mam okropnie jednoznaczne myśli i zgrabnie ignoruję te fragmenty tekstu, które nie pasują do mojej koncepcji. anty-koncepcji. małych pomarańczowych tabletek, które trzeba łykać codziennie, pod dosyć dużą presją, o których nie można zapomnieć, o których my handy mi skrupulatnie codziennie przypomina, nawet jeśli nie trzeba. znowu moje teorie się sypią – dlaczego to facet ma zawsze mieć w kieszeni prezerwatywę, jeśli to ja mam dzisiaj tą ogromną ochotę?
mam za duże skłonności do różnych wizualizacji, co przy odpowiednio szerokich horyzontach i wachlarzu doświadczeń także nie przynosi za wiele dobrego. toż przecież jak coś zobaczę, choćby oczami wyobraźni, to chcę to mieć natychmiast, już, teraz, najpóźniej za chwile. zniknąć, rozpłynąć się w powietrzu czy po prostu banalnie wyparować – wiem, że nie lubisz publiczności, chociażby najmniejszej. że wbrew wszelkim staraniom i pozorom kochasz tą cichą intymność, sam na sam, w cztery oczy, chociaż jeszcze słońce nie wzeszło i nie ma się co sączyć przez okno. sączę jakiegoś drinka, jest mi totalnie wszystko jedno, przecież i tak aktualnie czuje tylko jeden smak, tylko jeden zapach. dokładnie ten sam, który kilka chwil później będę usiłowała za wszelką cenę z siebie zmyć, pozbyć się go raz na zawsze tylko po to, by przy najbliższej nadarzającej się okazji cały rytuał powtórzyć krok po kroku, przede wszystkim udawanie, że mnie tu nie było, więc do niczego nie doszło. przecież doszło i było przyjemnie, świat się znowu nie skończył, wszechświat znowu zmienił kształt.
oryginalne pomysły są fajne, zabijają rutynę, monotonię, koszmarną powtarzalność, której się przecież tak panicznie boję, chociaż już nie raz starałam się ją oswoić, nieco ugłaskać i nawet całkiem nieźle mi to szło. ugłaskiwanie jest już passé, trzeba wymyślić coś nowego, niekonwencjonalnego, bezpruderyjnego, z pieprzem i wanilią oraz zapewne kilkoma innymi, które jednak stanowią już sekret szefa kuchni.
dzisiaj szef kuchni poleca zjeść cię w całości, ewentualnie zostawić sobie coś na pamiątkę, ale przecież wystarczą ślady moich paznokci na całym twoim ciele, przecież nie mogę tyle jeść, ważę jakies 257 gram za dużo, nie wystarczy sprzedać duszy, żeby się tego pozbyć. niby wystarczy zamknąć oczy i pójść spać, perystaltyka działa podczas snu całkiem nieźle, przez żołądek do jelit. gdybym po otwarciu oczu nie znalazła się w innej bajce, chętnie bym je zamknęła, ponoć z zamkniętymi wyglądam bardziej pociągająco. pociągam, pociąg jedzie niby powoli, ale tylko do czasu. przyspiesza, w końcu trzeba będzie wysiąść. wysiadanie jest znacznie trudniejsze od wsiadania, szczególnie że to drugie zazwyczaj ma miejsce wieczorem, pierwsze – rano. słońce razi w oczy brutalnie informując współpasażerów, że to już koniec, że nie będzie happy endu, nie będzie żadnego endu, przecież nie ma końca, jeśli wcześniej nie było początku, jeśli wszystko się kręci w kółko i zapętla, prawie jak smętne piosenki na mojej playliście.
lubię poranne papierosy, prawie jak te zaraz po seksie, lubię patrzeć, jak mi robisz moją ulubioną kawę, nawet jeśli ma to swoją cenę, a po cukier muszę sama wstać. w sumie lubię też zachowywać się później jak gdyby nigdy nic, to takie długie preludium przed kolejnym przedstawieniem. w końcu i tak rozdziobią nas kruki i wrony, a w najlepszym razie zeżre nas jakaś choroba o bardzo długiej nazwie, atakująca narząd, o którego istnieniu nawet nie wiedziałeś. taki lajf, maleńka, taki lajf.”


skomentuj


2006-09-16 00:30:04 >>
„dzisiaj o godzinie 4.53 rano...
...(w nocy?) zadzwonił a. rzecz jasna w momencie, kiedy dzwonił nie miałam ani świadomości tego, że dzwoni, ani tego, kto dzwoni. ani w ogóle chyba żadnej świadomości. w końcu to jest jedna z tych godzin, o których nie jestem nawet do końca pewna, czy wiem, jak się nazywam. mimo to telefon odebrałam. zanim zdążyłam się zorientować kto i o czym mówi, doszłam już do daleko posuniętych wniosków, mianowicie że zdecydowanie nie jest to rozmowa dla osoby, która aktualnie ma problemy z przypomnieniem sobie własnego nazwiska. ale trudno, jak się podjęło to wyzwanie i odebrało telefon to trzeba rozmawiać. gdy skupiłam się na tyle, żeby zacząć składać słowa w całe zdania i próbować wychwycić ich sens, rozmówca zszedł już na mniej poważny temat, więc mogłam przytakiwać już z czystym sumieniem. przytakiwać oczywiście mocno-niedosłownie, bo jako wybitnie wredna istota nawet gadając przez sen muszę pokazać chociaż kawałek charakteru. koniec. chyba nie dałam po sobie za bardzo poznać, że jeszcze śpię.
lubiłam takie nocne rozmowy. a. nie dzwonił często, ale zawsze jak dzwonił, to właśnie o takich dziwnych porach. miało to swoje uroki. było za późno, żeby ponownie zasnąć, ale z drugiej strony żadna siła nie zmusi mnie do otworzenia oczu przed szóstą. tak więc dostałam w promocji godzinę gratis na myślenie o wszystkim i o niczym. najpierw znalazłam pilota, co by włączyć muzykę (na szczęście w odtwarzaczu znalazło się coś odpowiedniego do myślenia, co prawda nie była to VII symfonia b., ale niewiele gorzej – i tak nie zdobyłabym się na to, żeby się podnieść i zmienić płytę). później znalazłam kołdrę, bo myśleć na zimno też ciężko. koniec końców myślenie jest chyba tak zaawansowaną czynnością, że potrzebuje jak najbardziej komfortowych warunków.
wypadało chyba zacząć od dochodzenia, o czym właściwie przed chwilą rozmawiałam (bo z kim to wiedziałam jeszcze przed końcem rozmowy). pewności mieć nie mogłam, rozmów jeszcze nie nagrywam (chociaż może, w zaistniałych okolicznościach, powinnam zacząć?), trzeba było zdać się na intuicję, podświadomość i to, co mi przychodziło do głowy. bo przecież nawet jak ja nie pamiętałam do końca o czym, to jakieś wrażenie i podstawa do tego, co myśleć pozostały.
miałam wrażenie, że a. chce coś udowodnić, tylko sam nie wie właściwie co, komu i po co. że sam nie-do-końca wierzy w to, co właśnie mówił i dlatego chciał to komuś szybko przekazać, uzyskać jakieś potwierdzenie, a przynajmniej mieć świadomość, że już nie tylko on o tym wie. z głośników akurat popłyneło „Just like a star across my sky, Just like an angel off the page, You have appeared to my life, Feel like I'll never be the same…”.
rozumiałam aż za dobrze. bo sama sobie bardzo lubiłam wmawiać przeróżne rzeczy i zawsze oczekiwałam potwierdzenia dookoła. szczególnie w tych przypadkach, gdy dobrze wiedziałam, że coś jest pozorne, niepewne i potrzeba czasu, żeby to poobserwować. ale wszystko do czasu. bo przecież tak się nie da, bo przecież to nieskuteczne, bo przecież słowo ciałem się nie stanie i jak długo bym pewnych rzeczy nie powtarzała to i tak nic z tego nie będzie.
budzik oznajmił, że właśnie nadeszła ta godzina, o której już można otworzyć oczy. wyłączając budzik sprawdziłam, czy rozmowa mi się przez przypadek tylko nie przyśniła, ale musiałaby się przyśnić też mojemu telefonowi, bo godzinę jej rozpoczęcia i czas trwania zarejestrował. założyłam duży, biały szlafrok, poszłam zrobić ciepłe kakao (tak dla podniesienia poziomu glukozy we krwi na dzień dobry), włączyłam radio.
bo przecież są wnioski, do których naprawdę trzeba dojść samemu, bez względu na to, którędy…”

skomentuj


2006-09-05 23:48:50 >>
„zdecydowanie nie mam w zwyczaju ...
...wywnętrzania się w miejscach mniej czy bardziej publicznych. podobnie użalania się nad sobą. ale mimo to czasami mi się to zdarza. jak pokazują dotychczasowe doświadczenia zawsze ma to miejsce albo bezpośrednio przed, albo od razu po jakimś stosunkowo niecodziennym wydarzeniu - małym kryzysie, wielkiej tragedii czy innym podobnym tałatajstwie. a że aktualnie nic takiego się nie zapowiada (bo przecież tak naprawdę zawsze coś świadczyło o przyjściu takiego momentu, nawet jeśli to było jedynie głupie przeczucie, to zawsze było), to pozostaje mi jedynie stwierdzić, że właśnie niepostrzeżenie przemknęła (czy przemyka) mi przez życie jakaś burza. chociaż nie do końca jestem pewna jaka. może chodzi o bardzo niepozorną połowę dzisiejszego dnia, spędzoną w samochodzie przyjaciółki k. przemykającym ulicami Warszawy (już wcale nie niepostrzeżenie, za to szybko i często z piskiem opon, ale bez ofiar w ludziach). może o te kilka chwil w kawiarni, na tyle krótkie, by nie zdążyć się zasiedzieć, ale na tyle długie, by zdążyć spokojnie wypić dużą kawę i wypalić pięć papierosów (bo jeśli paliłam, to zawsze nieparzyście), przegadane tak intensywnie (w miłym, albo raczej odpowiednim towarzystwie k. i j.) na temat cudzych problemów, że pozornie nie było nawet czasu, by własne i mało istotne dopuścić do głosu. a może o jakiś inny równie normalny i prozaiczny kawałek dnia, na który nie zwróciłam większej (lub wręcz absolutnie żadnej) uwagi. bo takich jest w moim życiu naprawdę dużo, chociaż wciąż coraz mniej. ale stało się. głowę dopadł okropny myślotok, toczący się w bliżej nieokreślonym kierunku, a jednocześnie gdzieś indziej (bo w głowie by się już nic nie zmieściło) pojawiła się niewyjaśniona potrzeba wyrzucenia, wypisania się, ale w sposób przynajmniej częściowo anonimowy (powiedzmy to wprost – mamy XXI wiek i całkowita anonimowość nie istnieje).
zawsze miałam niezdrowe skłonności do przydługich wstępów, nawet do spraw bardzo nieistotnych. za to wtedy, kiedy jakiekolwiek wprowadzenie, chociażby najkrótsze wydawało się niezbędne, ja je zazwyczaj okropnie lekceważyłam i średnio-literacko mówiąc – olewałam. nie zawsze mi to wychodziło na szeroko pojęte zdrowie, ale raczej tego nie żałowałam. bo żałować czegokolwiek, co zrobiłam też nie miałam w zwyczaju i robiłam to rzeczywiście niezwykle rzadko. dość wcześnie nauczyłam się bowiem, że z każdej sytuacji, w którą wchodzę w życiu coś wynoszę – czasami są to nowe kolczyki czy zegarek, czasami kilka zdjęć opatrzonych obfitym bagażem wspomnieniowym, a czasami tylko (lub raczej aż) wnioski na przyszłość. dlatego nie będę żałować tego, że się właśnie przed kimś wywnętrzę. i w tej kwestii będą w pełnym zakresie niczym krowa – zdania nie zmienię.
jakiś czas temu odzwyczaiłam się od posiadania nadmiaru czasu. nawet nie w pełni wolnego i przeznaczonego na szeroko pojęte ‘nudzenie się’, ale takiego, który mogę wykorzystać od początku do końca tak, jak chcę, bardzo spontanicznie (a nie tylko trochę i pozornie), nie mając przez moment wyznaczonych terminów, zobowiązań, obowiązków i pośpiechu. i nagle taki czas dostałam. co prawda nie był przewiązany wstążką, ale potraktowałam go jak taki prezent. mogłam czytać, pisać, słuchać muzyki, leżeć godzinami w wannie, chodzić na długie spacery, zarywać noce bez wyrzutów sumienia oraz zarywania czegokolwiek i spotykać się z najróżniejszymi ludźmi, prowadząc z nimi często za długie rozmowy. nasłuchałam się sporo o wyglądach, przyjaciołach i problemach. jednak przy dłuższym kontakcie, na jaki od jakiegoś czasu nie miałam czasu, okazuje się, że zdecydowana większość ludzi chciałaby nie tylko mówić, ale i posłuchać. to z kolei zmobilizowało mnie do pomyślenia. nad sobą i tym, co właściwie mogłabym powiedzieć.
na to myślenie dużo czasu nie potrzebowałam. znałam siebie, poznawałam dosyć świadomie od wielu lat, później – niemniej świadomie – zmieniałam. tak, żeby mi się podobało, żebym była zadowolona. i już trochę czasu minęło, od kiedy jadąc pewnego poranka metrem, o przerażającej porze, jaką była siódma rano, spojrzałam na własne odbicie w szybie, następnie na ludzi dookoła (łapiąc po drodze kilka spojrzeń) i znowu na siebie. i zrozumiałam, że doszłam do tego, czego chciałam kilka lat temu. że umiem, że bez większych problemów spokojnie daję radę, że osiągnęłam to, czego chciałam. że miałam moją małą stabilizację. może trochę pozorną i mało ustabilizowaną, ale taką, która na swój sposób mnie satysfakcjonowała. że robię w większości to, co naprawdę lubię, że mam kilka pasji, których za nic nikomu nie oddam, że mam dookoła niesamowicie dużo ludzi uprzejmych i miłych oraz całkiem sporo takich, których mogłam nazwać przyjaciółmi (sporo jest tu mało ważne, jest pojęciem absolutnie względnym). że w międzyczasie znalazły się nowe cele, nowe marzenia, ale jednocześnie wspaniałe poczucie, że jestem w stanie to wcześniej czy później osiągnąć.
nie, moim zdaniem zdecydowanie nie jestem ładna, mimo że jest trochę osób, które określają mnie jeszcze bardziej ‘wyniosłymi’ epitetami. zazwyczaj traktuję to z dużym przymrużeniem oka, co wcale nie oznacza, że nie lubię własnej osoby. wiem dosyć dokładnie, komu się podobam, a komu nie. bardzo lubię łapać większość wybitnie oceniających spojrzeń, także (lub nawet szczególnie) tych mało przychylnych. bo podnosiły, motywowały, wspierały. chociaż dużo większe znaczenie przywiązywałam do tych spojrzeń, których autorzy byli w stanie się zdobyć przynajmniej na odwzajemnienie uśmiechu (przez jakiś czas byłam uprzedzona do ludzkich uśmiechów z przyczyn ode mnie prawie-niezależnych, ale już mi chyba przeszło). lubię szanować ludzi, ale nie tych, którzy tylko na ten szacunek zasługują, ale także go chcą.
nie uważam się także za osobę jakoś wybitnie inteligentną - w szerokim tego słowa znaczeniu – czy mądrą. może dobijałam gdzieś do średniej krajowej (nie wiem tylko jakiego kraju), a może i nie. w sumie wydaje mi się raczej, że mam w życiu zdecydowanie więcej szczęścia niż rozumu, czemu zawdzięczam ogromną większość moich sukcesów najróżniejszego rodzaju i kalibru (których się powoli zbierało całkiem sporo).
są tacy, którzy mówią co wiedzą. ja już prędzej zaliczałam się do tych drugich, którzy wiedzą, co mówią. chociaż potrafiłam mówić czasami dużo, bezpośrednio, dosadnie, z przesadną elokwencją. czasami może nawet nieco przemądrzale, ale starałam się tego unikać, bo rzadko przynosiło pożądane skutki. lubiłam używać metafor, próbując znaleźć te najwłaściwsze i trafiające najkrótszą drogą do rozmówcy.
wiem, co lubię, czego nie lubię, co mnie denerwuje. potrafię nazywać własne odczucia i wtedy, gdy uznam to za stosowne informować o nich otoczenie. tak samo dobrze wiem to, dokąd idę, jaki i to, że tam dojdę. bo ja nie mogę być jedynie kobietą, którą ktoś uważa za kobietę swojego życia, kobietą, której ponoć się nigdy nie zapomina. nie nadaję się do tego, żeby być czyimś marzeniem. nie chcę być marzeniem. chcę być jego spełnieniem.”

skomentuj


2006-09-03 01:47:11 >>
„szłam tak, żeby...
...mężczyźni mogli myśleć: ciekawe, jak ona je ostrygi? jak całuje? jaka jest w dotyku? jak kocha? jaką książkę ma przy łóżku? choć wolałabym, żeby im się wydawało, że to ziemia się kołysała, a nie moje biodra… wiedziałam, że niektórzy mieliby ochotę mnie przytulić, inni dać mi klapsa, a jeszcze inni położyć dłoń na moich biodrach i tam ją zatrzymać. o takiej jak ja jedni myśleli: ale wyniosła. a inni: jaka ona niedostępna. byłam taka. tylko na pozór. bo byłam też łagodna i delikatna. bezbronna i słaba. ale mężczyzn to nie interesowało. widzieli we mnie tylko to, co pragnęli widzieć. nie chcieli nic o mnie wiedzieć. wystarczał im delikatny ruch moich bioder, połysk włosów, odważny wzrok. nie dostrzegali we mnie lęku. nie domyślali się, jak byłam zadziwiona nimi, sobą, światem. że bardziej niż mustang czy jaguara kółkach zachwycały mnie żywe słonie, no bo czy to nie wzruszające, że one grzebią szczątki umarłych towarzyszy, stoją nad nimi zamyślone, tęsknią za sobą i porozumiewają się infradźwiękami na przestrzeni dziesięciu kilometrów, to znaczy wysyłają do siebie takie SMS-y. kiedyś zobaczę, jak żyją na wolności. może z kimś, kogo zaciekawię nie tylko tym, jak idę, ale i dokąd…”
skomentuj


2006-04-25 13:20:56 >>
no i ta moja katakumba...
...zamiast być miejscem, w którym sobie grzecznie siedzę i uciekam czasami przed całym światem, stała się miejscem, do którego zaglądam od czasu do czasu, kiedy nie za bardzo wiem, co ze sobą zrobić (albo wręcz przeciwnie - wiem aż za dobrze). czyli z całkiem przyzwoitej i wyremontowanej katakumby zrobiłam średnio-wyględny śmietnik z pralnią śmierdzących problemów na zapleczu. chciałam dobrze, wyszło jak zwykle.
nie, nie jade po własnej samoocenie, bo ta od dłuzszego czasu pozostaje nie-wiedzieć-czemu niewzruszenie na poziomie plus dużo (czyli sporo nad powierzchnią wody). tak - narzekam, bo wychodze z założenia, że każdy czasami ma do tego prawo. a jak mam do czegoś prawo to nie widzę powodów, żeby go nie wykorzystać.
mamy wiosnę. chwilowo widzę to nawet na własne oczy przez okno, bo słońce raczyło nas nawet zaszczycić swoim pięknym widokiem. fakt, spóźniła się trochę, coś koło miesiąca, ale tego czepiać się nie mam prawa, bo sama ze spóźnień wszelakich to mogłabym robić specjalizację. przyszła, jest i szczerzy zęby. zdecydowanie łatwiej rano zwlec się z łóżka, mimo że po drabince. łatwiej też się pozbierać do wyjścia z domu. i wreszcie łatwiej uśmiechnąć się szeroko do świata. bo chociaż ja zimnolubna raczej jestem, to zimy już miałam po dziurki w nosie.
ale żeby za pięknie nie było to wiosna musi jeszcze jakiś bagaż ze sobą przywieźć. a że nie jest ciotką z ameryki, to nie można liczyć ani na cukierki, ani na czekoladę, ani na nowy rower, ani wreszcie żadne inne, błyszczące cuda. zamiast tego przynosi mopa, odkurzacz, ścierkę do kurzu i przypomina, że najwyższy czas na wiosenne porządki.
tak, ja w całej swojej naiwności liczyłam na to, że może od zeszłego roku jeszcze się nie zdążył zrobić bałagan (sam, ja mu przecież ani trochę nie pomogłam), że w tym roku się obejdzie bez tego sprzątania i nikt nic nie zauważy. a tu dupa, sprzątać trzeba. i, co najgorsze chyba, trzeba zacząć od mycia okien, żeby było trochę lepiej świat widać.
bo czasami, całkiem niepostrzeżenie, zaczynam widzieć nie do końca to, co jest po drugiej stronie. w części to pewnie wina tychże okien, w części tego, jak bardzo jestem w stanie zmienić obraz na drodze obiekt--mój mózg. a ja to bardzo jestem w stanie. jest o tyle dobrze, że nauczyłam się rozmawiać z ludźmi. otwarcie i na-każdy-temat. no i z odpowiednimi ludźmi, bo przekonałam się jak niesmaczne bywają takie informacje z trzeciej ręki (i niestrawności gorsze niż po świętach). w znacznym stopniu pozwoliło to ograniczyć te okropne niedopowiedzenia i niejasności, przez które już nie jedna i nie dwie rzeczy miały wątpliwą-przyjemność się posypać.
tak, dorastam (czy tam starzeję się, jak zwał tak zwał). coraz więcej do mnie dociera, coraz więcej wniosków jestem w stanie wyciągnąć, coraz więcej teorii zastosować w praktyce, na coraz więcej pytań samodzielnie odpowiedzieć. coraz łatwiej przychodzi mi zarówno zabranie grabek i wyjście z piaskownicy, gdy mam na to ochotę, jak i wywalenie kogoś wraz z jego wiaderkiem z mojej piaskownicy, gdy zaczyna się za bardzo rządzić i najzwyczajniej w świecie mi przeszkadzać. coraz większym stopniu potrafię korzystać z tego, co mają mi do zaoferowania inni. ale jednocześnie wiem, gdzie są dzisiaj moje granice i kiedy skutecznie dać po łapach komuś, kto wbrew mojej woli próbuje je przekraczać. nadal zdarza mi się robić głupoty, ale coraz rzadziej obwiniam się bez powodu za sytuacje, w których nikt nie zawinił.
jestem szczęśliwa. cholernie szczęśliwa. i na dodatek nadal mam poczucie, że jutro będzie lepiej.
skomentuj


2005-11-12 23:02:54 >>
bo tak już wzięło...
...i się porządnie nazbierało w końcu. to raczej normalne, gdy się produkuje notki z tak zabójczą częstotliwością jak ja, a właściwie to chyba bez częstotliwości. ale w końcu to przecież nie o nią chodzi, tylko o to, żeby od czasu do czasu takie wypisanie pomogło (bo na osobę opisującą skrzętnie każdy dzień swojego życia na forum publicznym zdecydowanie się nie nadaję. zresztą nie na forum także, gdyż obawiam się, że takie cudo jak 'moje poczucie systematyczności' nigdy nie istaniało i - co więcej - nigdy nie zaistnieje). tak, mi pomaga jak napiszę co i gdzie mi leży (na sercu? na wątrobie? na płucach? na głowie?), bez względu czy to pozytywne, czy niekonieczne. chociaż zdecydowanie częściej pozbywam się w ten sposób emocji negatywnych (bo kto by chciał się pozbywać tych dobrych? tymi mogę się conajwyżej mniej lub bardziej chętnie podzielić).
a ja wczoraj miałam urodziny. taki mało istotny dzień, ale może to on skłonił do napisania czegokolwiek. bo jednak taki na swój sposób wyjątkowy dzień jest sobie tylko raz w roku i może przynajmniej stanowić jakiś taki punkt zaczepienia. punkt, w którym można zacząć o czymkolwiek myśleć, a przez przypadek nawet tym czymkolwiek ma szanse się stać (wmiarę) własne życie. bo niby ten kolejny rok nic nie zmienia. znaczy kolejny rok na papierku. bo taki składajacy się z około 525 tysięcy minut (czyli około 525 tysięcy ton) różnych dziwnych zdarzeń, przeżyć, uczuć zmienia bardzo dużo. w końcu zmienia mnie, a ja juz dosyć duża jestem (żeby nie powiedzieć 'obszerna' :]). a bardziej skłaniają mnie do przemyśleń moje urodziny niż na przykład nowy rok. koniec końców to w moje urodziny chyba trochę mniej osób zastanawia się nad takimi rzeczemi, nie? ot, taki mały, czysty egoizm, który można także nazwać dzikim pędem do indywidualizmu.
tak też właśnie wczoraj przyszło mi przypadkiem do głowy, że z każdym rokiem te urodziny bardziej mi się podobają. sama sobie się chyba z każdym rokiem bardziej podobam, a jednocześnie coraz bardziej czuję, że mam wokół siebie ludzi na których mogę liczyć. i to nie tylko wtedy, kiedy jest mi źle i potrzebuję pomocy, ale i wtedy, gdy chce się powygłupiać i głośno pośmiać. takich, na których mogę liczyć zawsze, bez względu na pogodę, ciśnienie i dzień miesiąca. fakt, że ludzie mnie otaczający cały czas się zmieniają. ktoś mówi 'żegnaj', ktoś 'dzień dobry', a ktoś 'dowidzenia'. ale cały czas ktoś jest. czuje, że nie jestem sama. mimo świadomości, że w każdej chwili może się coś stać i mogę zostac sama - nie boję się. uważam, że nie mam czego.
chociaz to nie znaczy, troche adrenaliny czasami miałoby zaszkodzić. nawet nie adrenaliny, to coś innego. takie przyjemne uczucie, które jak wiele innych trudno w sobie obudzić samemu, bez pomocy czynników zewnętrznych (gdybysmy byli w stanie to możnaby wszystkich pozamykać w klatkach i by im było dobrze. ale tak by było za prosto). takich przyjemnych uczuć i tego, co je potrafi wywołać poznajemy z upływem czasu coraz więcej, ale i z tym samym upływem czasu pozostaje coraz mniej na doznawanie tych uczuć.
stoisz nocą na moście, pada deszcz. nagle widzisz oślepiające światła, czujesz silny powiew wiatru. mocno opierasz się o barierkę za plecami. dobrze wiesz, że nic ci nie grozi. ale obok jest osoba, której możesz zauwać i której jesteś pewny. w którą możesz się mocno wtulić, co przy wszystkich innych okolicznościach właśnie czynisz. czujesz to, na co tylko masz właściwie ochotę. wspaniale, bezpiecznie, niesamowicie i wyjątkowo. aż chce się dalej w sobie szukać uczuć, czegoś nowego, nieznanego, co może jeszcze zaskoczyć.
i czasami chyba też dobrze jest się poczuć miło w sytuacji niby całkowicie normalnej, żeby nie powiedzieć, że wręcz nudnej. gdy siedzi się obok kogoś, z ręką położoną na jego karku. gdy się patrzy na monitor pełen 'mysqli', 'postfixów' i innych podobnych cudów. i mimo, że nie rozumie się niemalże nic, nie ma się ochoty natychmiast wyjść i trzasnąć drzwiami. nie ma się też uczucia totalnej obojętności. po prostu chce się zostać. znów z czystego egoizmu, bo miło jest czuć, że ktoś potrzebuje lub chciałby naszej obecności? może. ale nawet jeśli, to uważam to za miłe uczucie. bezsensownie miłe?
kiedyś znałam człowieka, który obchodził urodziny co sto dni. tłumaczył, że przecież takie sto jest bardziej logiczne i łatwiej wytłumaczalne niż jakieś 365 i to z kawałkiem, z którego się co jakiś czas tworzy dzień gratis. że można zrobić wtedy trzy i pół imprezy urodzinowe w roku zamiast jednej i trzy razy dostawać prezenty. fajne, logiczne, niecodzienne. ale ja chyba wolę tak do rok. wiecej się zbiera do posprzątania i poukładania gdzie trzeba. lenistwo? może. ale w takim razie bardzo moje lenistwo lubię. za takie dni jak wczorajszy i dzisiejszy...

tak, zdecydowanie można nie kochać, nie 'być razem' i jednocześnie się tak po prostu czasami bardzo martwić.
skomentuj


2005-08-09 01:43:17 >>
jak już się kiedyś podjęło...
...tak bardzo daleko idące decyzje (czyt. decyzję o założeniu bloga) to później wypadałoby od czasu do czasu coś na nim napisać. nie, żebym pisała teraz dlatego, że tak wypada. z tak prozaicznych powodów nie mam zwyczaju nic robić w moim życiu. teraz piszę tylko i wyłącznie dlatego, że z nieznanych przyczyn naszła mnie ochota na pisanie. właśnie teraz, w środku nocy (chociaż nie mam zielonego pojęcia, gdzie ta noc ma środek). a raczej jak zwykle w środku nocy i jak zwykle o niczym. bo o takiej porze nie potrafie pisać o czymś (jeśli by przyjąć, że w ogóle potrafie).
ponoć mam właśnie wakacje. na własnej skórze średnio to jak na razie odczuwam, ale za to na własne życzenie. bo najpierw praca (charytatywna) pod postacią opieki na dziećmi, następnie chwila oddechu (tak krótka, że gdzieś uciekła niezauważona) i nauka - w miłych okolicznościach i towarzystwie, ale nauka. a teraz nareszcie przyszedł czas na słodkie i błogie nic-nie-robienie. więc naprawdę nie robie nic, ale i to mi się powoli zaczyna nudzić (ależ ze mnie marudne stworzenie - trafi się wolny tydzień a ja narzekam). jako, że od dłuższego czasu stwarzam pozory udając stworzenie inteligentne, a takowe się ponoć nie nudzą postanowiłam coś na to poradzić. tak też w tym moim ulubionym środku nocy oprócz okienka blogowego towarzyszą mi jeszcze dwa inne, mianowicie okienko gadulcowe i okienko z rozkładem jazdy autobusów (bo jak się właśnie okazało szybsze to niż pociąg a i przesiadać się nie trzeba). w pewnym piśmie niby-kobiecym nazwano to terapią friendami, ja wolę to nazwać po prostu odwiedzaniem znajomych albo odświeżaniem znajomości, która z przyczyn ode mnie niezależnych nie została odświeżona dwa tygodnie temu. nie wiem jak to będzie, nie wiem kiedy będzie, ale już mi się podoba.
poza tym jak by nie było i co by się nie działo to następny tydzień (poczynając od soboty) spędzę w miejscu, które uwielbiam i w którym nikt mnie nie znajdzie, czyli schowana gdzieś daleko w beskidach. nie to, że będę nieuchwytna, ale z pewnością trudniej dostępna niż zazwyczaj, bo nawet nie wiem jak to będzie z komórkoodbieraniem (ostatnio jak mnie tam wywiało to się okazało, że telefon zasięgu nie widzi i nie chce zobaczyć). tak więc mam nadzieję wypocząć nie obijając się przy okazji za bardzo (panowane zapakowanie roweru, ale to jak zwykle nie ode mnie zależy). a jak wszystko dobrze pójdzie, to może uda się jeszcze po drodze zahaczyć o pewnien festiwal sztuk różnych w bieszczadach.
tak więc zamierzam wykorzystać to, co mi zostało z tych wolnych dni jak sie tylko da. bo jak wiadomo czas wolny ma niezdrowe skłonności do kurczenia się w zastraszającym tempie, jeśli tylko gdzieś znajdzie ku temu okazję. tymsamym mój czas wolny spędzany przed komputerem ograniczam do minimum (nie-zbędnego) więc i pisać tu nie będę. chyba, że przez przypadek jakiś bardzo samotny środek nocy się znajdzie :)

skomentuj


2005-06-02 03:22:04 >>
pojawia się w środku nocy...
... (bo inaczej godziny 2.49 chyba nazwać nie można) zjawa mojo-nie-moja, katakumbowa, nie wiem na ile realna, na ile zaspana, na ile senno-wyśniona, na ile wyimaginowana i zmyślona, wytworzona gdzieś w tej ostatnio porządnie wygotowanej galaretce, wreszcie zastygnięta i tylko dźgana od czasu do czasu jakaś srebrną łyżeczką, która chyba by się bardzo chciała do niej dobrać, ale nie może, nie pozwalam, moja galaretka i basta. oj, wiem że mamroczę niezrozumiale i pod nosem, może za cicho, a może za głośno, bo nic nie powinnam mówić. ale jak zwykle sie tutaj przybłąkałam bo mi jakoś nie do końca dobrze. nie powiem, że źle, bo przecież mi nigdy nie jest źle. przecież ja nie od tego, żeby było źle. więc i nie jest. ale jest niewyraźnie, chwilowo kontury wszelkie się chyba postanowiły zatrzeć, kolory rozmazać, w tle jedno wielkie sfumato, które wielkim przebojem wdziera się i zdobywa pierwszy plan, nie zważając chyba na nic, brnąc po trupach galaretkowatych i do kolan w tej brei, której kolor już jest bliżej nieokreślony, nie wspominając nawet o wiśniowym zapachu. i to włąśnie przez to wszystko tworzę za długie i za bardzo niezrozumiałe zdania bardzozłożone, marudzę wszyskim dookoła w niezrozumiałym języku i nawet nie liczę na próbę zrozumienia. bo po co? przecież minie. zawsze mija, bo nie ma innego wyjścia, bo trzaskam wszystkimi innymi drzwiami bardzo mocno, żeby zostały tylko jedne, tylko te dobre, tylko te przez które powinnam wyjść, mimo że niekoniecznie mam na to ochotę. bo i ja czasami najchętniej trzasnęłabym wszystkimi i potaplała się sama w tym swoim ohydnym, klejącym i aż śmierdzącym moją osoba błocie. ale dupa, przez moje przekonanie, wpojone sama nie wiem kiedy i przez kogo (przeze mnie samą w bardzo wczesnym dzieciństwie?), że muszę sobie radzić sama, że musze sobie w ogóle radzic ze wszystkim, że musze być silna, że nie mogę się poddawać i pokazywać słabości jak się kiedyś pojawi. i nie pokazuję, i sobie radzę i jest dobrze. bo ten stwór, którego właśnie piszę tak naprawdę o niczym nie świadczy. jest wielkim i okropnym stworem, który sobię pod osłoną nocy, pod ciepłą pierzyną pod którą mnie nie ma urósł okropnie w mojej mózgoczaszce, ale boi sie chyba światła, albo śpiewu ptaków nad ranem i jeszcze chwila i ucieknie, zginie śmiercią naturalnie-nienaturalną. kołkiem osikowym go jeszcze trafię w samo serducho na wypadek jakby miał zapędy wampirystyczne, zwiążę porządnie, włoże do słoika i zakopię w nie moim ogródku (bo własnego nie posiadam). i wszystko będzie wspaniale, wszystko będzie jak zwykle, do przodu, przed siebie, biegiem, chociażby tyłem (chociaż ja skorpionisko okropne i typowo wredne, więc jak rak tyłem nie będę, z zasady), z uśmiechem, z wyciągniętą ręką. a jak ja bym mogła inaczej? nie mogłabym i już, siła przyzwyczajenia albo raczej kwestia wbicia czegoś młotkiem, niekoniecznie wełnianym, do tej galaretki, w której jakby nie patrzeć dużo można zmieścić. koniec tego nawijania bez sensu. koniec końców powszechnie chyba wiadomo, że produkuję się tutaj bardzo obszernie jak mi jakoś tak w środku źle. tak samo, jak wiadomo, że nie czytam później tego, co napiszę, więc błędów co nie miara. ale już mi lepiej, może nawet dobrze. lżej. pozdrawiam, jeśli ktokolwiek to przeczyta.
skomentuj


2005-05-10 16:07:47 >>
może jeszcze przez okno...
...tą nogę wystawisz?

a niby po co? i nie przypominam sobie, żebym z panem na ty przechodziła kiedykolwiek. więc dla pana jestem panią, nawet jeśli tak naprawdę nią nie jestem. a czy ja robie cos zlego? kogos to krzywdzi, rani, dotyka? czy coś psuję trzymając noge tam a nie gdzieś indziej? czy to sprzeczne z jakimiś zasadami, choćby zasadami savoir-vivre'u? poza tym co panu właściwie przeszkadza ta moja noga? stoi sobie gdzie stoi, nikomu nie przeszkadza raczej, bo nikogo w pobliżu nie ma. stoi i stać będzie, bo mi tak wygodnie. i panu naprawdę nic do tego. niech pan by martwi lepiej o swoje własne nogi. ma pan dwie, więc chyba troche problemów z nimi jest.
a przy okazji mogę panu powiedzieć, że potwornie nie lubię jak ktoś się czepia bez powodu innych. a pan to właśnie robi. nie wiem po co. może na pan zły dzień. ale nie jestem tu od tego, żeby pana usprawiedliwiać. pan się mnie czepia, ja się tylko denerwuje i psuję sobie przez pana tak wspaniale rozpoczęty dzień. nie, nie ja do sobie psuję. pan mi go psuje. czepiając się mnie bez powodu. dowidzenia proszę pana. nie chcę dłużej do pana mówić bo pan mnie denerwuje. bardzo denerwuje. bardzo i całkiem niepotrzebnie, dlatego już przestaję.

ulżyło.
skomentuj


2005-04-29 04:34:48 >>
jest czwarta nad ranem...
...zupełnie jak w tej piosence sdm'u. a zresztą przed chwilą leciała. i za chwile też będzie leciała. bo przecież ją zapętliłam i dopóki tego nie zmienię będzie leciała cały czas. a pewnie jeszcze przed jakiś czas nie zmienię. napewno nie przed końcem tej notki.
jest czwarta nad ranem. a co ja robię? siedzę. z nogami na biurku. z klawiatura na nogach. z rękami na klawiaturze. a zapewne jeszcze moment i z głową na rękach będę spać. chociaż może wcale spać nie będę. już mi się nie chce. bo po co? iść teraz spać tylko po to, żeby i tak się nie wyspać, a na dodatek bardzo świadomie się spóźnić do szkoły, do której i tak się co drugi dzień spóźniam? nie, dziękuję, postoję, nie opłaca się. chociaż nie mam pojecia od kiedy ja się taka potwornie przedsiębiorcza zrobiłam, że aż zwracam uwagę na to, co się opłaca, a co nie.
jest czwarta nad ranem, a ja bezmyślnie siedzę przed komputerem. już nawet z nikim nie rozmawiając. ale lubię tak siedzieć. a właściwie jednocześnie lubię i nie lubię. bo lubię tą ciszę w domu, ten wszechobecny spokój, żadnego krzyczenia, jęczenia, narzekania, zwracania uwagi. żadnych spraw na głowie. w końcu jest noc. trzeba dać odpoczać sobie, nawet jeśli się nie śpi. leci sobie tylko taka cicha muzyka. cichy czarny blues o czwartej nad ranem. trochę dołujący, ale tylko trochę. dzisiaj mnie nie dołujący ani trochę. za dobry mam humor, żeby takie rzeczy mi go popsuły. ale z drugiej strony każdej takiej przesiedzianej nocy przychodzi taki moment, kiedy czuje się potwornie sama. tak potwornie właściwie bez powodu i uzasadnienia. bo przecież jestem tak samo sama albo nie-sama jak w ciągu dnia. a jednak czuje sie to inaczej. w nocy inaczej. inaczej o czwartej nad ranem.
jest czwarta nad ranem. i czarna herbata wcale myśli nie rozjaśnia. wręcz przeciwnie - myśli ciemnieją. ciemnieją aż do wschodu słońca, który je rozjaśnia. nieco na siłę, ale rozjaśnia. rozjaśnia na cały dzień, prawie zawsze skutecznie. i dobrze. bo później przez cały dzień jest spokój. ba, nawet przez kawałek następnej nocy. aż do kolejnego takiego niemiłego, nocnego, smętnie-melanholijnie-samotnego momentu.
jest czwarta nad ranem. tak samo jak sen nie przyjdzie, tak i ty mnie nie odwiedzisz. i po co słucham tej piosenki w kółko? bo jestem głupia. tak po prostu. bo lubię i od czasu do czasu taki nastrój, którego nie lubię. lubię albo sobie wmawiam, ze lubię. jeśli wmawiam, to bardzo skutecznie. dobrze mi teraz. tylko brakuje jednej rzeczy. a właściwie bardzo brakuje jednej osoby. nie, nie znaczy to, że bez niej jest mi źle. bo naprawdę, jest mi dobrze. tylko brakuje.

"czwarta nad ranem
może sen przyjdzie
może mnie odwiedzisz

czemu cię nie ma na odległość ręki
czemu mówimy do siebie listami..."

skomentuj


2005-04-24 02:37:37 >>
proszę cię...
... nie pytaj mnie ile mam lat. bo ja mam ich zawsze dokładnie tyle, na ile wyglądam. a właściwie tyle, ile chciałbyś, żebym miała. bo tak jest wszystkim lepiej, nieprawdaż? wszystkim wygodniej, wszyscy się lepiej czują i nikt nie ma wyrzutów sumienia. chcesz, żebym miała pięć lat więcej? nie ma sprawy, czemu nie. zresztą przecież nie tylko z wiekiem tak jest. przecież bardzo często nie mówimy całej prawdy, nie dopowiadamy do końca, ewentualnie nie zaprzeczamy. i na wszelki wypadek od razu sie usprawiedliwiamy, znajdujemy tysiące argumantów za tym, że właśnie postapiliśmy bardzo dobrze, że wybraliśmy mniejsze zło lub to zło ominęliśmy.
przecież bardzo dobrze wychodzą nam takie małe i niewinne oszustwa. oszustwa? przecież nawet nikt tego w ten sposób nie nazywa. bo przecież oszustwo to coś złego. a jeszcze lepiej wychodzi nam później rozgrzeszanie samych siebie. i tu kolejna sprzeczność - twierdzimy, że nie robimy nic złego, a jednak się tłumaczymy przed samymi sobą i często także przed całą resztą świata.

oszukujemy oszukujących, żeby nie być oszukującym. tylko po co to wszystko?
skomentuj




































































































katakumby to:
1. podziemne cmentarze w starożytnym Rzymie i innych miastach italskich, gdzie w specjalnych niszach lub kaplicach pierwsi chrześcijanie grzebali swoich zmarłych.
2. religioznawstwo - podziemia klasztorów i kościołów, gdzie ustawiane są trumny ze zmarłymi zakonnikami lub dostojnikami kościelnymi.
3. przenośnie - podziemia ze skomplikowanym systemem korytarzy.


taka sobie księga


ale to już było...
2009
luty
styczeń
2007
grudzień
2006
wrzesień
kwiecień
2005
listopad
sierpień
czerwiec
maj
kwiecień
luty
styczeń
2004
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
styczeń
2003
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień


moje gadu:1884758
pisz jak chcesz

radio
rock & heavy metal
eska
radiostacja
rmf fm
RADIO MARYJA
radio zet
TRÓJKA
bbc
radio france
web radio
LAUNCHcast

czytelnia
glamour
dziewczyna
filipinka
new york times
the times
national geographic
teraz rock
metal hammer
newsweek
bravo
polityka
wprost
super express
the sun
rzeczpospolita
wyborcza

miejsca różne
marcin cecko
nieszuflada
discovery
pomaton emi
ikea
wilczur
rockmetal
sklep
szkoła
galeria zachęta

muzyka
the cranberries
sinead o'connor
depeche mode
u2
stare dobre
stacey kent
suzanne vega
kat
vader
iron maiden
hekatomba
helloween
hammerfall
calvaria
manowar
tool
moonlight
cradle of filth
grzegorz turnau

katakumby innych
neo co(r)tex
abstrakcyjne
subiektywnie
adela
zuzu
popocatepetl
chickenka
kugi
finka
lefthand
righthand
zosia
siwa
kasiamarta
ghoul
krzysiek
marecki
omadaha
milady
mateusz
olla
hazel
kara
mauzol
marwelina
amber
asia
ola
wika





BLOG